sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 3: Zaufałam mu


Przepraszam za tak długo przerwę
______________________________________________________

Czekam tu, czekam, czekam i zgadnijcie, co? Czekam! Jeśli to właśnie pomyśleliście to jesteście geniuszami! Jestem tak sfrustrowana, że mam ochotę stąd uciec i schować się w jakimś cichym miejscu.

 Tak, wiem to trochę dziecinne i w ogóle nie na miejscu, ale co można robić, kiedy stoi się na głupia na środku ulicy i czeka na durnego, spóźnialskiego brata.

Dzwoniłam i dzwoniłam, ale za każdym razem odzywa się sekretarka! W tej chwili mam ochotę wylegiwać się na kanapie, pod cieplutkim kocem i kubkiem zielonej herbaty w ręku, ale niestety musiałam jechać uzupełnić swoją garderobę, której to tak właściwie nie ma, więc najlepszym stwierdzeniem będzie, że musiałam kupić nową garderobę. 

Nagle coś mokrego, jakaś głupia kropelka, skapała mi na nosek. Delikatnie go zmarszczyła i popatrzyłam się w niebo. Normalnie, jak na zawołanie zaczęło deszcz.

Wiedziałam, że ten dzień jest skazany na porażkę, ale żeby aż tak? To chyba przechodzi ludzie pojęcie! Dlaczego, do jasnej cholery, to wszystko musi zawsze spotykać właśnie mnie? Nie mogę mieć normalnej rodziny, normalnego życia, normalnych przyjaciół i normalnego brata? Chyba zaczynam nadużywać słowa ,,normalnie’’…

Jednak wracając do tematu to ja, oczywiście, musiałam urodzić się w wyjątkowej rodzinie, gdzie nikogo nie interesuje. Wspaniale.

Westchnęła i rozejrzałam się po okolicy, ale nigdzie go nie było. Byłam zła, okropnie zła, miała ochotę rozerwać go na milion strzępków, zdeptać i zakopać w lesie.

Choć w środku to tak naprawdę zrobiło mi się smutno, bo on o mnie zapomniał, czy to znaczy, że teraz będzie tak jak dawniej? Znowu będzie miał mnie gdzieś przez większość czasu, a potem po prostu przejdziemy do schematu jeden telefon na miesiąc, zero spotkań i radź sobie sam… Przynajmniej teraz pozbyłam się złudzeń, które miała wcześniej, nie powinnam była w ogóle mu ufać! Jestem taka głupia i naiwna, niczego się nie nauczyła żyjąc z Jakem, a powinnam.

Jeszcze ja mu pokaże, pokaże im wszystkim, że mnie się nie ignoruje. Obiecuje.




Do domu wróciłam autobusem, tak brudnym autobusem! Nie dość, że przez ponad godzinę musiałam siedzieć na jednym miejscu to jeszcze zaraz koło mnie musiał usiąść jakiś staruch, który tylko narzekał wszystko drożeje. Jakby mnie to obchodziło.

Poirytowana wbiegłam do domu, oczywiście trzaskając przy tym drzwiami i udałam się do swojego pokoju, żeby zaraz paść na łóżku.

Zaczęłam myśleć o moim bracie, dlaczego znowu mi to robi? Przecież mówił, że mnie kocha. Czy po porostu się mną znudził? Jak zwykłą zabawką!

Nie wiem, dlaczego, ale łzy same napłynęły mi do oczu. Płakałam. Znowu poczułam się samotną, małą dziewczynką, która stoi w cieniu swojego cudownego brata.  To takie żałosne.

Nie wiem ile tam leżałam i użalałam się nad sobą, ale jak się już obudziłam było ciemno. Podeszłam otworzyć okno i wyjrzałam na pole, księżyc był już widoczny. Wyglądał tak pięknie.

Wiatr wiał delikatnie i był trochę zimny. Cisza i spokój. Tego właśnie potrzebowałam.

Uśmiechnęłam się sama do siebie i w jednej chwili podjęłam decyzję. Nie obchodzi mnie już to durna obietnica.

Obróciłam się w stronę szafki nocnej i z determinacją widoczną na twarzy ruszyłam po kluczyki, który były schowane w szufladce. Nikt mnie nie zatrzyma.





Następny dzień wydawał się nudny tak samo jak poprzedni.  Co prawda czuła jeszcze gorzej, ponieważ nie byłam za bardzo wyspana, ale jak człowiek wracający o piątej na ranem i śpiący zaledwie pięć godzin może czuć się wypoczęty?

No właśnie! Nie może…

Tak, więc z miną męczennika zeszłam do kuchni, żeby zjeść cokolwiek. O dziwo, powitał mnie (uśmiechnięty!) Mój brat, który oznajmi, że nie będzie go cały dzień. Nie wspomniał nic o tym, że nie było go wczoraj, albo raczej nie przejmował się tym wcale.

Nie wiem, dlaczego, ale kolejny raz poczułam się zraniona tym, że mnie nie przeprosił albo tym, że o mnie zapomniał…

Z (sztucznym) uśmiechem odpowiedziałam, że nie robi mi to żadnych problemów oraz, że jestem już dużą dziewczynką i potrafię się sobą zająć. Nie wspomniał nic o tym, że wczoraj jakoś nie przeszkadzało mu, że byłam sama jak palec.

Po chwili stwierdziłam nawet, że tak jest lepiej. Nikt się nie dowie.

- A właśnie prawie zapomniałem! – Wydarł się Niall – Już od przyszłego tygodnia masz zajęcia, więc radze ci przejrzeć podręczniki.

Sama na początku była trochę zaskoczona, więc nie odpowiedziałam od razu.

Musiałam chyba coś źle usłyszeć. Przecież to oczywiste, że miałam mieć do końca tego roku szkolnego nauczanie inwidualnie.

Z wrażenia prawie przewróciłam szklanki z sokiem pomarańczowym, którą miałam pod ręką.

- Ale… ale ja miałam uczyć się w domu! Po jaką cholerę, mam użerać się z tymi bachorami z liceum?! – Powiedziała szybko.

Niall spojrzał na mnie zdziwiony, chyba nie spodziewała się takie energicznej reakcji.

- Harry nie powiedział ci wczoraj, że będziesz z nim chodzić do jednej klasy? No wiesz, skoro on też chodzi do szkoły to wspólnie z ojcem stwierdziliśmy, że będzie lepiej jak zaczniesz się integrować ze ludźmi w swoim wieku…

Dopiero wtedy to zrozumiałam. Siostra słynnej gwiazdy, czarna owca rodziny, nawróciła się, więc tym samym musi się dobrze zachowywać i mieć wzorowe koleżanki. Im wszystkim chodziło o to, żeby nie wpadła w tak zwane ‘’złe towarzystwo ‘’ ! Tylko tyle!

Oni, znaczy mój brat i ojciec zrobią wszystko, żebym ich nie ośmieszyła. Chodzi im o to, co ludzie powiedzą, a nie o moje dobro. Jeśli jeszcze przed chwilą, choć trochę żałowałam tego, co wczoraj zrobiłam to teraz jedyne, co żałuje to, że nie zrobili mi wczoraj jakiegoś ciekawego zdjęcia w jednym z klubów.

- Tak, tak… Jasne rozumiem… - Przerwałam mu niemrawo. – Lepiej już idź, bo się jeszcze spóźnisz.
Niall uśmiechnął się do mnie promienie, mruknął jeszcze jakieś ciche ,,Wrócę późno, cześć’’ i zniknął za drzwiami, a ja odpadłam zmęczona na krzesło.

Mam iść do szkoły. Do szkoły pełnej głupich, ambitnych ludzi. Ambitnych zawodowo. Sztywniaków.
W co ja się do choler wpakowałam?!




Tydzień minął mi dość monotonnie. Tażdego wieczoru wymykałam się z domu, wsiadałam w auto i odjeżdżałam.

Nikt nie wiedział.

Nikt się nie domyślał.

Nikt nie mógł się dowiedzieć.

Nikt nie miał jak się dowiedzieć. Przynajmniej do dziś.

Wpadłam. Jestem ugotowana.

Może zacznijmy od początku. Jak co wieczór, koło godziny jedenastej, zwlekałam się z łóżka, po czym przebrałam w odpowiedniejsze ubrania? Najciszej jak mogłam zeszłam na dół, już miałam wyjść, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam kluczyków.

- Niech to wszystko szlak trafi – zaklęłam siarczyście.  Znowu, starając się iść bardzo powoli, niczym kot dostałam się do swojego pokoju i wzięłam kluczyki.

Odepchnęłam z ulgi. Poszła łatwo, całkiem spokojna ruszyła w kierunku drzwi, przekręciłam klamkę i delikatnie uchyliłam drzwi, kiedy usłyszałam kroki na korytarzu. Zamarłam.

Z strachu nawet zamknęłam oczy. Cholera. Ktoś przechodził koło mojego pokoju.

Zobaczy mnie. Na pewno mnie zobaczy.

Zobaczy! Zobaczy! Zobaczy!

Wpadłam po same uszy.

Kroki było słysząc coraz bliżej, a ja nie mogłam się ruszyć. Jednak, co dziwniejsze, osoba, która przechodziła koło mojego pokoju po chwili zaczęła się oddalać. Kiedy nie było już nić słysząc, wypuściłam powietrze z płuc, które nieświadomie wstrzymałam.

Chyba jednak przeżyje.

Tym razem z większą dozą ostrożności zeszłam na dół i wymknęłam się domu przez okno z garażu.
Auto miałam zostawione ulice dalej, żeby nie obudzić przypadkiem domowników odpalaniem silnika. Droga na miejsce wyścigu nie była jakoś długo, więc bez większych przeszkód znalazłam się na miejscu, gdzie trwały już wyścigi.

Mój miał ostatnim zamykającym, więc miałam jeszcze sporo czasu. Wtopiłam się tłum ludzi, który głośno wiwatował nad pierwszym, dzisiejszym zwycięscą i poszłam w stronę stoiska, gdzie stała Ziks, dziewczyna, która spotkałam dość niedawno.

Wieczór albo raczej noc była bogata w atrakcje. Głównie, co robiłyśmy to wygłupianie się i śmianie. Rozmawiałyśmy też i oceniałyśmy wygląd wszystkich zawodników.

Po kilku godzinach zabawy z jej kumplami, nadszedł czas na mój wyścig.

Dziś miałam ścigać się z nijakim Korem, koleś był na szczytach list, więc mogłam się spodziewać niezłych umiejętności po rywalu.

Ziks, zaproponowała nawet, że pojedzie ze mną, ale kategorycznie odmówiłam. Nigdy więcej nie wezmę nikogo ze sobą do auta w czasie wyścigów.

Powoli zwlokłam się do auto i pojechałam strat. Ustawiłam auto i poszłam jeszcze porozmawiać z kolesiem od zakładów. To on zawsze wypłacał mi nagrodę. Jak ustaliliśmy, jeśli wygram dostane nawet 5 kafli.

Jednak mi nigdy nie chodziło o pieniądze, nie mówię, że nie były mi potrzebne, bo były i to bardzo. Chodzi o to, że lubiłam czerpać z tego radość, dawało mi to szczęście, którego tak bardzo potrzebowałam. Czułam wtedy, że odzyskałam kontrole nad moim życiem.

Tłum nagle zaczął wiwatować, zaciekawiona spojrzałam w stronę startu. Kor zajął swoje miejsce.
Stał oparty o swoje auto. Jego postawa wskazywała na to, że wcale się nie przejmuje nadchodzącym wyzwaniem.

Nie doceniał mnie.

Zaśmiałam się pod nosem, jeszcze się przekona, że ze mną nie ma tak łatwo. Odwróciłam się od mojego rozmówcy i ruszyłam w kierunku linii startu.

Mój przeciwnik czekał, tylko po to, że podać mi rękę i móc zająć miejsce w aucie.

Zadowolona odwróciłam się w jego stronę i skamieniałam.

O jasna cholera.

Wpadłam. Jestem ugotowana.

- Amelia! – Wykrzyknął chłopak – Co ty tu robisz?!

Cała krew odpłynęła mi z twarzy. Musiałam być blada jak trup. Do tego zrobiło mi się strasznie słabo.


Dlaczego akurat ja muszę mieć takiego pecha? 

3 komentarze: