środa, 9 lipca 2014

Prolog



Mój pierwszy blog, mam nadzieje, że się wam spodoba. Życzę miłego czytania.

 
Prolog

Boże, którego nie ma, pomóż mi i wyłącz te światełka, które huczą mi w głowie czy cokolwiek to jest. Do cholery jasne, dlaczego akurat dzisiaj muszę mieć takiego zajebistego kaca. Nie mówię, że ma coś z tym wspólnego wczorajszy wieczór, ale kto by się oparł tym seksownym blond bliźniaczką? Gdybym mógł, to nie wypuściłbym ich z sypialni, takie dupy, że aż się o życiu zapomina.

Szkoda tylko, że zawsze po takiej nocce muszę mieć aż takiego kaca, ale czego nie robi się dla pięknych pań? Ach, a jakie one mają nogi… O reszcie nawet nie wspominam.

Po chwili błogiego nic nierobienia zaczęło się mi robić trochę nie wygodnie, więc przekręciłem się na drugi bok i przyciągnąłem do siebie drugą z bliźniaczek. Pierwsza natomiast przewiesiła nogę przez moje biodro i delikatnie przejechała dłonią po moich plecach.

Nagle ktoś trzasnął drzwiami, od prawdopodobnie mojego pokoju, choć nie miałem zbytnio pewności co do tego, ponieważ wczorajszy wieczór pamiętam jak przez mgłę, zwłaszcza po wyjściu z klubu, ale od tego wszystkiego i tak jeszcze bardziej rozbolałam mnie głowa, co spowodowała mu mimowolny, przeciągły jęk.

- Kurwa, Styles, już Czwarta, od dwóch godzin miałeś być na próbie! – usłyszałem, jak ktoś zaczął się wydzierać od progu.

Zrezygnowany podniosłem trochę głowę i przyjrzałem się niechcianemu intruzowi, oczywiście musiał to być ten namolny menadżer, który zawsze psuje mi zabawę w najlepszym momencie.

- Wyluzuj, Paul. Dzisiaj możemy zrobić sobie wolne – mruknąłem i jeszcze bardziej przysunąłem do siebie blondynkę.

Mężczyzna jednak chyba nie miał zamiaru mi odpuścić, ponieważ już po chwili usłyszałem jego irytujący głos.

- Widziałeś, co piszą w gazetach!? Wstawaj, natychmiast, musimy sobie poważnie porozmawiać – wydzierał się, ale i tak wszyscy wiedzą, że skończy się na moim. Przecież nazywam się, Harry Pieprzony Style, najseksowniejszy piosenkarz, jakich chodził po świecie. – Teraz, za dziesięć minut widzę cię w salonie – dodaje, wręcz sycząc każdy wyraz, kiedy zauważył, że nie mam zamiaru się ruszyć.

- Panie, niestety, ale obowiązki wzywają – mruknąłem.
Westchnąłem zrezygnowany i z zamiarem jak najszybszego spławienia Paula, udałem się w kierunku szafy, za sobą słyszałem jedynie trzaskanie drzwiami, co wywołało u mnie tylko większy ból głowy.

Choć ledwo co chodziłem i widziałem, to i tak nawet stąd mogłem się przyjrzeć bliźniaczka, jakie one są gorące!

- No, no, musicie się zbierać – powiedziałem trochę głośniej, wybierając z szafy pierwszą lepszą bluzkę i bokserki.

- Och, Harry już koniec zabawy? – jęknęła Merry, albo Berry, Bóg pamięta, jak one mają na imię.

- No, niestety skarbie, ale góra wzywa – mruknąłem, zamykają szufladę z bielizną.

- Och – jęknęła druga, przebudzając się. Niech one przestaną, bo się zaraz wrócę do łóżka z powrotem – Dla ciebie wszystko, Harry.

Druga seks, blond bomba przejechała dłonią po pościeli i delikatnie odgarnęła pierzynę, po czym taka jak ją bóg stworzył, wstała z łóżka i niczym nieskrępowana przeciągła się leniwie.

Kolejny raz tego męczącego dnia mruknąłem zrezygnowany i zamknąłem się za drzwiami łazienki, cały czas powtarzając sobie, że tam w sypialni wcale nie ma tych gorących lasek, gotowych oddać się mi w każdej chwili.


Około dwudziestu minut później albo i więcej, stałem już gotowy przed drzwiami do salonu, ubrany tylko w bokserki i luźny podkoszulek.

Kiedy tylko odtworzyłem drzwi, moim oczom ukazała się reszta zespół rozwalona na mojej kanapie, oczywiście Niall objada się jakimiś żelkami, Liam i Zayn SMS-owali prawdopodobnie z dziewczynami, Louis za to oglądał coś zawzięcie w telewizorze, a Paul jak to on, największy gbur i nudziarz, cały czas nerwowo przechadzał się w kółko po pokoju.

- O Bożę – jęknął Lou – Nie uwierzycie, Harry jest w telewizji! – powiedział zdziwiony, jakby to była nowość, przecież ja już miliony razy dawałem różne wywiady i lądowałem na pierwszych stronach gazet.

- Żadna nowość – mruknął Zayn, zerkając na wyświetlacz.

- Nie o to chodzi! Ja pierdole, co ten bałwan zrobił! – pokręcił zrezygnowany głową Tomlinson.

- Wyszedł z klubu z jakąś panienką i polazł do hotelu? Uchlał się? No co on mógł zrobić takiego, czego nie zrobił wcześniej? - wtrącił się Liam.

- To – wskazał na monitor telewizora.


Boziu, co znowu Lou ma do mojego imprezowania, sam przecież nieźle czasami się zabawia!

- Przesadzasz – powiedziałem, podchodząc do nich i opadając na kanapę, głowa nadal piekła mnie niemiłosiernie.

- Przesadza? Kurwa, Harry brałeś narkotyki, a ty mówisz, że on przesadza? – wtrącił swoje trzy grosze Paul.


Przez dosłownie chwile, analizowałem słowa menadżera i może nie pamiętam dobrze wczorajszego wieczoru, ale jestem pewien, że nigdy niczego nie brałem, przecież nie jestem jakimś tam pieprzonym narkomanem.

- Niczego nie brałem, luz i może trochę ciszej, przez was jeszcze bardziej rozbolałam mnie głowa – zakryłem sobie uszy rękami, modlą się, żeby coś albo jakaś nieznana mi siła uciszyła ich skutecznie i pozwoliłam mi leczyć tego pieprzonego kaca w świętym spokoju.

- Nie, nie?! – krzyknął Paul. – A te zdjęcia to niby jakiś foto montaż co? Nie rób ze mnie głupca, wiesz, że szkodzisz w ten sposób zespołowi? Do jasnej cholery, Harry, zachowujesz się jak jakiś rozpieszczony bachor!

Normalnie ma już dość, ale on nawija, jak jakiś belfer w szkole, który złapał ucznia na groźnym uczynku i martwi się o opinie szkoły, zdecydowanie nudy.


Najchętniej to bym się już stąd zmył do kuchni po jakiejś środki przeciwbólowe, ale jakoś nie mogę nawet wstać z tej kanapy.

- Ni, przynieś mi coś przeciwbólowego z kuchni, powinno być w drugiej szafce – mruknąłem prosząco do blondyna zajadającego się łakociami.

- Już – odpowiedział, wstając i wychodząc.


Och, co ja bym bez niego zrobił, zawsze mi pomaga, chyba bym bez niego umarł w męczarniach na ból głowy albo prawdopodobnie wysłał Liama, ale to tylko szczegół.

- Koniec tego dobrego Styles, za swoje błędy trzeba ponosić odpowiedzialność – paplał dalej jakieś bzdury. – A ja mam dla ciebie już odpowiednią kare – powiedział tryumfalnie.

Właściwie to zachciało mi się śmiać, no bo co on mi może właściwie zrobić, nic?

W tym samym czasie do pokoju wmaszerował Niall ze szklanką wody i dwiema tabletkami przeciwbólowymi, którego od razu mi przyniósł.

- I co zbijesz mnie pasem jak niegrzeczne dziecko? – zakpiłem i napiłem się łyk wody.

- Nie, zrobię zdecydowanie coś bardziej pouczającego – zapowiedział, a ja tylko podniosłem jedną brew do góry i przyłożyłem sobie czubek szklanki do ust, pijąc powoli kojący napój.

– Od przyszłego tygodnia idziesz do szkoły.
W pierwszej chwili nie rozumiałem, co on mówi, ale jak tylko to do mnie dotarło, wyplułem cała wodę z ust, zachłystując się przy tym i wytrzeszczając oczy na Paula.

- Że niby gdzie? – wykrzyknąłem zdesperowany, czując się jak ofiara kiepskiego żartu.

< Dwa miesiące później, miejsce nieznane>


Życie to cud.
Gówno prawda, życie wcale nie jest cudem. Jedni umierają tylko dlatego, żeby inni mogli się narodzić, co w tym takie cudownego? Nic.


Życie to istne bagno, w którym każdy krok pogrąża nas jeszcze bardziej. Toniemy we własnych problemach, nie potrafimy pokonać przeciwności losu. Każdy myśli tylko o sobie, nie widzi problemów innych albo raczej nie chce widzieć.


Czasami miewamy lepsze i gorsze chwile, ale tylko te złe potrafią nas wzmocnić i przygotować do życia. Czasami zastanawiam się, czy gdybym wtedy została, nie poddała się i nie uciekła, czy moje życie wyglądałoby inaczej? Czy byłabym szczęśliwsza, miała bliskich, inne lepsze życie z dala od tego gówna?

To są właśnie marzenia, nic nie warte gdybanie, przez które odrywam się od rzeczywistości i staram się zapomnieć o tym, co mam tuż obok, ale tutaj nikt nie może tego robić. Nikt nie może pogrążyć się w marzeniach, ponieważ życie na ulicy jest czymś bez odwrotnym. Jeśli człowiek zawędrował właśnie tu, nie z wyboru, lecz przymusu, to musi się pogodzić z rzeczywistością. Nie będzie lepiej.

Może być tylko gorzej. Z dnia na dzień przekonujemy się, czym jest ulica. To miejsce bez powrotu, tu nigdy człowiek nie będzie mógł spokojnie żyć. Liczy się tylko ciemna, gładka powierzchnia, wypasione auto i kilka lasek, które siedzą przy kierowcy, cały czas piszcząc z zachwytu. Sam zaś kierowca musi być albo wygranym, albo przegranym. Nie ma innej możliwości, a narażanie życia jest codzienną koniecznością. W końcu trzeba udowodnić innym, kto jest najlepszy.

Czterej Kierowcy zajęli już swoje miejsca w samochodach, a niektórzy nawet już postanowili odpalić silniki. Smród spalin rozniósł się dokoła, co wywołało tylko większe krzyki widowni. Prowadzący zaczął już odliczać.

- Raz… Dwa… Trzy… Start! I ruszyli – zaraz, jak tylko usłyszałam komendę, nacisnęłam gaz i wyjechałam z piskiem.
Trasa była cholernie prosta, przynajmniej tak się mogła wydawać na początku. Już po chwili zrozumiałam, że ten wyścig to nie żadne przelewki i jeśli nie zacznę lepiej koncertować się na jeździe, to o zwycięstwie mogę zapomnieć, ale w końcu ,,Death Race’’ to nie byle turniej wyścigowy, w którym zaczynają początkujący. Tu liczyła się tylko jazda: precyzja, przeważnie bardzo szybko i bez żadnych ograniczeń. W sam raz dla mnie.
- Kurwa – zaklęłam głośno, widząc w lusterku nadchodzące kłopoty.
Miałam ochotę przyśpieszyć, ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, to nie mam szans wyrobić się na zakręcie, co byłoby równe z końce wyścigu. Przecież nie mogłam dać satysfakcji temu dupkowi.

- Skup się, Speed, bo inaczej skończymy w piachu – przypomniał mi Luk, siedzący tuż obok mnie na przednim siedzeniu. Jak zawsze na jego twarzy była istna euforia i zachwyt, który był spowodowany miłością do aut. Luk od pół roku był moi osobistym mechanikiem, do którego mogłam się zwrócić ze wszystkim i nigdy mi nie odmówił. Zawsze wspierał i namawiał do rozwinięcia swoich umiejętności i to właśnie on pokazał mi, czym są wyścigi. Od dawna tworzyliśmy zgraną parę przyjaciół, zdolnych uzupełniać się nawzajem.
Przechyliłam na sekundę głowę w bok, żeby przyjrzeć się mu dokładnie. Choć widać było, że strasznie się o mnie martwi starał się tego nie pokazywać.

- Uważaj – wydarł się, widząc, że ktoś dopieprza się po mojego zderzaka.

- Widzę, widzę – warknęłam. – Znowu Dean będzie chciał się mnie pozbyć. Nie doczekanie skurwysyna! – powiedział prawie na jedne wdech, lekko przyspieszając i tym samym zostawiając mojego konkurenta na szarym końcu.

- Nigdy już z tobą nie jadę – powiedział spanikowany. – Zawsze musisz coś dopieprzyć!


Wzięłam głęboki wdech, w duchu obiecując sobie, że już nie długo konie. Luk niestety nie był już tak zachwycony, jak na początku i zaczął niespokojnie się wiercić w fotelu, co chwila wysyłając mi zaniepokojone spojrzenia.


Po chwili znowu obróciłam się, oglądając okolice i sprawdzając jeszcze raz, czy aby na pewno dobrze widzę w lusterku. Dean siedział mi już prawie na zderzaku, cały czas próbując mnie wyprzedzić.

Jeszcze chwila i to wszystko się skończy – powtarzałam jak mantrę.

- O kurwa! – Wyrwało się Lukowi, który szybko zasłonił ręką usta — Ma Binsa! Mówię ci, jego cholerna łepetyna mignęła mi dosłownie przed chwilą w lusterku!

Przez chwile popatrzyłam na niego jak na debila, mając nadzieje, że szczerze mu coś odwala. Niestety, zanim zdarzyłam się odezwać, zdałam sobie sprawę, że komuś udało się mnie wyprzedzić. Ku mojemu zdziwieniu, Dean okazał się ode mnie lepszy.
Szybko wzięłam się garść, starając się go wyprzedzić, wreszcie jedna chwila nie uwagi, a nasze auta się zrównały. Poczuła jeszcze większa euforie niż na początku jazy. Nie mogłam przegrać.

- Uważasz, że Dean zrezygnował z nadpalonej dziwki tylko po to, żeby mi dopiec? Bądź poważny… - lekko zachichotałam.

- Speed, myślisz, że on ot, tak zrezygnuje z zemsty? Ośmieszyłaś go przed całym gangiem! Mówię ci widziałem tego napaleńca, który się do ciebie próbował dopierać w klubie – ostrzegł szatyn, przypominając mi o małym incydencie sprzed kilku miesięcy.
Zerknęłam na niego zdezorientowana, zastanawiając się, czy aby na pewno powinna zachować teraz resztki spokoju i czekać, aż wreszcie coś powie, czy walić jego gadkę szmatkę i iść z prądem. Znowu nie byłam pewna, czy powinnam się teraz odezwać, czy czekać na jego przypływ wyrzutów sumienia i opiekuńcze kazanie.

- Kurwa – sapnęłam któryś raz dzisiaj i skierowałam moje błękitne oczy na tego dupka w przeciwległym aucie, chcą nie dać mu tej satysfakcji i łatwego zwycięstwa.
Meta była już cholernie blisko, bo zaledwie kilka przecznic dalej. Jeśli chciałbym wygrać, musiałbym go teraz wyprzedzić, na tej cholernej, ostatniej prostej. Przyśpieszyłam najbardziej, jak mogłam, ale coś w tej chwili poszło nie tak. Za bardzo zaryzykowała i poniosłam tego konsekwencje, wpadłam w poślizg i ledwo co wyhamowałam. W tej właśnie chwili zdałam sobie sprawę, że wszystko poszło na marne. Spieprzyłam na całej linii. Znowu przegrałam.

Przegrałam ten wyścig i całe swoje życie. 

2 komentarze:

  1. Boże..
    Co trzeba zrobić żeby mieć taki talent jak ty?
    Jezu.. Niesamowita historia..
    Czekam na rozdział:)
    Pozdrawiam:*


    ______________________________
    Wpadniesz do mnie? :D
    dopiero zaczynam i sama chciałabym wiedzieć czy się do tego nadaje.
    SOOOŁ WBIJAJ http://polskieimaginyzonedirection.blogspot.com/

    PLZ WYŁĄCZ WERYFIKACJE OBRAZKOWĄ ;_;

    OdpowiedzUsuń
  2. dodałałam sb ot co rozdział u siebie xd i patrzę jakieś pół godz temu ooo Wiecznie Skrzywiona skomentowała, jeju nawet nie wiesz jakiego miałam banana na buzi :D
    i myślę, ciekawe czy ma bloga... no bo jakby co, to wejdę i wgl i...!!!
    piszesz cudownie <33 aż samo się czyta XD :**
    do nn, oby szybciutko :D
    i tak jak koleżanka wyżej, wyłącz weryfikację :)
    J.

    OdpowiedzUsuń