sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 1: Zacząć od początku

Rozdział 1: Zacząć od początku

Cały czas miałam nadzieje, że to tylko zły sen. To nie mogło się wydarzyć. 
Przez pół roku trenowałam jak najęta, odmawiałam sobie wszystkiego, przerabiałam brykę i żyłam tylko dla tej chwili. Miałam marzenia i to właśnie w tej chwili mnie zabija, ponieważ przeminęły bezpowrotnie. Już nigdy nie będę miała szansy, żeby je spełnić. Przepadło. 
Zajęła drugie, cholerne, miejsce, a powinnam pierwsze. To było moje marzenie – dostać się na finały Death Race – największego nielegalnego wyścigu, który odbywa się raz na trzy lata. Konkurenci przybywają z całego świata, a ja odpadłam w półfinale. Byłam tak niedaleko zwycięstwa. Zawiodłam.
 - Przestań, do jasnej cholery! Mam dość, cały czas siedzisz w tym zakichanym mieszkaniu i nawet się nie ruszasz! Jeden przegrany wyścig to nie koniec świata! Amelia! - wykrzykiwał chłopak o zielonych oczach, co chwile przejeżdżając ręką po brązowych włosach, mając nadzieje, że choć część tego przekazu do mnie dotrze.
 Jednak ja tylko popatrzyłam na niego tymi swoimi niebieskimi, jak ocean oczami, które zamiast psotnych iskierek, teraz były wręcz puste. Czułam się jak wrak, nadal nie mogłam uwierzyć, że wszystko przepadło w jednej chwili, jednej sekundzie, przed jedną niedorobioną decyzje.
 - Kurwa – krzyknęłam, podnosząc lekko głowę i wykrzywiając usta w grymasie – Nie nazywaj mnie tak! Ona nie istnieje, umarła, umarła, umarła, um…! - powtarzałam cały czas, uparcie patrząc na okno. 
- Speed – szepnął zaskoczony chłopak. Przez chwile stał niepewnie, ale zaraz potem powoli podszedł i objął mnie mocno, jakby miała zaraz uciec. Zamiast zacząć się wyrywać i warczeć na niego, posyłać groźne spojrzenia i pyskować, wtuliłam się mocniej i cicho załkałam. Pozwoliłam ten jeden raz, aby moje łzy płynęły swobodnie. 
- Jej! Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że Speed może się rozryczeć, jak jakaś panienka! – zaśmiał się radośnie, wycierając pojedyncze łzy z mojego policzka. Ten głupek chyba próbował mnie pocieszyć. 
- Wal się debilu, nikt cię tu nie zapraszał! – warknęłam, wyrywając się z jego objęć, ale chłopak tylko mocniej zacisnął ręce wokół mojej tali. 
- Speed, muszę ci coś powiedzieć – zaczął niepewnie Luk, zaciekawiona przeniosłam na niego spojrzenie, wysyłają mu w międzyczasie nieme pytanie. Chłopak lekko pokręcił głową i zaczął delikatnie mną kołysać. – Wczoraj była impreza… 
- Tak, wiem, do cholery! Ten bufon świętował zwycięstwo! Moje zwy… - przerwałam szybko, kiedy zdałam sobie sprawę, że zajęłam to drugie, pieprzone miejsce.
 Luk tymczasem zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno jest w stanie przekazać akurat tę wiadomość tej niewinnej i już tak skrzywdzonej przez los dziewczynie. Znaczy się mi. 
- Nie o to chodzi – przerwał, szybko lekko podnosząc głos. Spojrzałam na niego zdezorientowana, zastanawiając się, co też mogło się jeszcze wydarzyć. Chłopak tymczasem starał się opanować i powstrzymać łzy, które zbierały się w jego oczach. 
- Bo… tuż po tym, jak uciekłaś… Mai się trochę wkurzyła i poszła do niego… - nie mógł już nawet powstrzymywać łez, które zaczęły nieprzerwanie wylewać mu się z oczu — aaa… potem… On… Samochód… To działo się tak szybko… On uciekł… A jej nie ma… - wysapywał, co chwile, coraz mocniej przymykając oczy i próbując się uspokoić. 
Spojrzałam na niego z niepokojem, nadal nie rozumiejąc, co też chłopak chce mi przekazać. Bardzo dobrze pamiętała, jak tuż po przegranym wyścigu wybiegłam z auta i uciekłam, próbując zatrzymać łzy, cieknące z moich oczu. 
- Czekaj co z Mai? – w końcu odważyłam się zadać pytanie. 
Chłopak odwrócił głowę w kierunku okna, cały czas nie otwierając oczu i próbując unormować swój oddech. 
- Nie żyje – udało mu się wykrztusić po chwili ciszy. Jego oczy po chwili się otworzyły, patrzył na mnie niepewnie, jakby bał się mojej reakcji. 
- To pomyłka – zaprzeczyłam szybko. 
- Ami, ona… wczoraj… Przepraszam! – wyszeptał — Nic nie mogłem zrobić, było za późno! – mówił szybko i głośno, starając się nadal, nie ponieś emocją, co i tak zresztą mu nie wychodziło. 
Wzięłam głęboki wdech i przez długo chwile nie oddychałam. Czuła na sobie spojrzenie kolegi, który cały czas starał się mi pomagać, jak tylko może. 
Ta jedna chwila wystarczała, bym zdała sobie sprawę, co tak właściwie się stało. Mai nie ma i nie będzie. 
Czas na chwile się zatrzymała, a cały podły świat na jedną chwile przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Nieświadomie wstrzymałam oddech i podniosłam się lekko na nogach, tym samym odrzucając przyjacielski uścisk Luka. 
- Nie, nie, to prawda! – przekonywałam Luka, przecież to było niemożliwe! 
- A-ami, ja wiem, ż-że to trudne… Też tęsknie za Mai, ale ona już nie wróci – pocieszał mnie. 
Zmarszczyłam gniewnie brwi i obrzuciłam Luka oburzonym spojrzeniem, choć widząc minę chłopaka, mógł mi wyjść tylko jakiś grymas. Przez cały czas nie myślałam o rodzinie, starałam się zapomnieć i zostawić wszystko w tyle za sobą. Wszystko już prawie się udała, ale nie… 
Znalazłam nową rodzinę, przyjaciół i dom, poznałam wspaniałych ludzi i robiłam to, co kocha w życiu najbardziej, lecz wszystko po kolei zaczęło się rozpadać na małe kawałeczki, aż nie zostało prawie nic. 
Moje marzenie poszło w piach razem z Mai, a niedługo jeszcze stracę mieszkanie i nie będę miała gdzie się podziać. Nie zostanie mi nic. Znowu będę sama. 
- Ona tam jest… Nie mogę znowu zostać sama! Już nie… -powiedziałam zdesperowana i nawet nie zauważyłam, jak z moich oczu poleciały łzy, który za cholerę nie potrafiłam zatrzymać. Rozpłakałam się na dobre. Luk znowu zaczął mnie delikatnie przytulać i pocieszać. 
- Masz jeszcze mnie, nie? Ja się na tamten świat jeszcze nie wybieram. No, przynajmniej dopóki nie zaliczę tej blondynki spod ósemki. – Na jego ustach pojawił się ten zboczony uśmieszek.
 - Luk – warknęłam poprzez płacz. 
- Co? Widziałaś, jakie ma… - zamyślił się na chwile — kształty? No powiedz mi… - Luk nie dokończył, gdyż uderzyłam, bo z całej siły w ramię. 
- Auł! – zawył chłopak, chwytając się za obolałe miejsce. – Mogłabyś byś delikatniejsza – dodał po chwili, a ja tylko wtuliła się mocniej w jego ramie i ponownie załkałam, zakrywając twarz dłońmi. 
- Świat mnie nienawidzi… - mruknęłam sennie, zamykając zaczerwienione od płaczu oczy. 

 ------
__!__!__!__!__


<tydzień później > 


Nagle z mojej błogiej nieświadomości wyciągnęło mnie czepliwe potrząsanie mojego ramienia. Zdenerwowana podniosłam prawą rękę i wymachiwała nią, próbując odgonić intruza. Ten jednak okazał się trudnym przeciwnikiem i za wszelką cenę starał się mnie wkurzyć. Mając dość tego wszystkiego, otworzyłam oczy i podniosłam się na łokciach, w międzyczasie sprawdzając, co takiego było ważnego, aby budzić mnie z mojego ukochanego snu.
Szkodnikiem tego świata okazał się mój mechanik – Luk. Koleś chyba ma poprzestawiane w łbie, że budzi mnie o tej porze. Masochista pieprzony.
 - Co? – warknęłam, przecierając zaspane oczy.
Chłopak spojrzał na mnie z istnym rozbawieniem i tylko pokiwał głową.
- Zbieraj się, wyjeżdżamy. – Zakomunikował i ruszył w kierunku wyjścia z mojej sypialni.
Przez dosłownie chwile wpatrywałam się tępo w ścianę, nie wiedząc, co tak naprawdę powiedział chłopaka albo raczej do końca nie rozumiejąc, co tak naprawdę starał się mi przekazać Luk.
 - Że jak? – otrząsnęła się po chwili, łapiąc go za ramię i tym samy zatrzymując w mojej sypialni.
 - No, pakuj się i tak dalej. Jedziemy – powiedział, jakby to było oczywiste.
Na mojej twarzy zapewne pojawił się niezadowolony grymas, ponieważ chłopak zmarszczył brwi. W tej jednak chwili nie było to dla mnie ważne, liczyło się tylko to, co ten chłoptaś znowu wymyślił.
- Chwila, chwila! – Powiedziałam szybko. – Dlaczego, do cholery, miałabym z tobą jechać gdziekolwiek? Daj mi jeden porządny powód! – Na koniec mój głos mógł już przypominać tylko warkot. Nie znoszę osób, które próbują kierować moim życie za wszelką cenę i jeszcze myślą, że im się podporządkuje. Nie doczekanie ich.
 - Dean siedzi ci na tyłku. Przegrałaś. – stwierdził tak po prostu – Nie masz co robić z życiem – zmarszczyłam brwi. – Siedzisz tu już od tygodnia i użalasz się nad sobą, bo przez ciebie zginęła Mai. Udajesz silną, ale tak naprawdę nadal po tylu latach nie pogodziłaś się ze śmiercią matki. Winisz za to siebie i twojego ojca…
Ojca? Nie on właśnie w tym momencie przegiął pałę.
 - Ojca? – wysyczałam — Nic o mnie nie wiesz, do jasne cholery! Przychodzisz tu, rozkazujesz mi i mówisz coś, o czym nie masz pojęcia!
 Chłopak jednak nie dawał za wygraną.
- Pojęcia? Znam cię najlepiej z nich wszystkich! Wiem, jak cię ruszyła śmierć Mai. Wiem, że się tniesz. Wiem, że brałaś. Wiem, że pijesz codziennie od tej pierdolonej przegranej. Wiem, jak na ciebie działała śmierć matki i to przez tu teraz jesteś! Wiem! Do jasnej cholery, Ami, daj sobie pomóc!
Zmarszczyłam gniewnie brwi. Nie powianiem przypominać mi o matce, ani nawet o ojcu. Moje życie to moje życie i tylko ja mam prawo w nic decydować. Jeśli będę chciała skoczyć mostu to, to zrobię i nikt mnie nie powstrzyma. Nikt.
Nikogo nie było przy mnie, jak zginęła moja mama i pamiętam dobrze, że każdy tylko kręcił głową albo się darł, jak wracałam do domu opita w cztery dupy. Pamiętam chwile, gdy mój pieprzony brat poinformował mnie, że nie jestem kłębkiem świata, zostawił mnie i powiedział to, co wszyscy myśleli, a wtedy właśnie została już całkowicie sama. Nie miałam już nikogo. Nawet mojego cholernego brata.
 I wrócił James, mój chłopak, no, teraz to były chłopak. Pokazał mi inni świat. Świat ulicy. Tu mogłam uciec od tego wszystkiego. Nie widzieć już zawiedzionej twarzy ojca, kiedy odbierał mnie z policji ani nie słyszeć jak mój brat krzyczy na mnie za to, że nie wytrzymałam tego bólu i się opiłam.
Uciekłam. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wzięłam kartę ojca i wypłaciłam trochę kasy, a następnie zniknęłam i nigdy do nich nie wróciłam. Zostawiła tylko jeden pieprzony list, w który napisałam, że nie będę im już robić problemów i zniknę z ich życia. Nie pożegnałam ani nie pogodziłam się z nikim. Nawet z bratem, który pewnie ma wyrzuty sumienia za to, co mi powiedział, ale mnie to już nawet nie obchodzi. Jego problem. On mi sprawił ból, a ja jemu. To chyba sprawiedliwe?
Tak mi się wydawało tylko na początku, potem naszły mnie wyrzuty sumienia i zrozumiałam, że tak naprawdę tylko im przeszkadzałam i każdego raniłam swoim zachowanie, przecież im też musiało być ciężko, a ja zachowywałam się jak pieprzona egoistka.
 Niestety czasu już nie cofnę, nie mogę naprawić tych wszystkich błędów, jakie popełniłam, choć nie wiem, jakby bardzo bym chciała.
Oczywiście, jak tylko się dowiedzieli o mojej ucieczce, zrobili straszną aferę, a tym samy, mi masę problemów. Przez pierwsze dwa miesiące musiałam cały czas siedzieć w mieszkaniu, a wychodzić mogłam tylko w nocy. Nie mogliśmy ryzykować, że ktoś mnie rozpozna. Ja i James – to z nim uciekłam.
Na początku była super, poczułam się wolna, ale zaraz potem naszły mnie wyrzuty sumienia, które za wszelką cenę chciałam zgasić. Znowu sięgnęła po alkohol, a potem po coś większego. Pieprzone narkotyki.
James uważał, że to nic wielkiego, ale prawda była inna. Uzależniła się.
Moje życie stało się strasznie monotonne, czasami nawet łapałam się na tym, że nie wiedziałam, który dzisiaj jest miesiąc, nie mówią o dokładnej dacie, czy dniu tygodnia. To był dopiero początek problemów, przecież narkotyki nie rosną na drzewie. Trzeba za nie płacić i porządną kasę, a tą, co miałam, już się powoli kończyła.
 James mówił, żebym się nie martwiła, że on się wszystkim zajmie, a ja głupia oczywiście mu zaufałam. Wpierdolił się po uszy. Debil zaciągnął dług u niewłaściwych ludzi i nie potrafił go spłacić.
Kiedy zrozumiałam, że mogą tak samo dopaść mnie, jak jego, chciałam uciec, ale James się dowiedział i mnie pobił. Pierwszy raz.
 Wtedy właśnie spotkałam Luka. Świetnego kolesia, był mechanikiem, a jego siostra pielęgniarką, która uratowała mi życie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń. Moja, Luk i Mai – jego siostry, która mnie na mówiła na kolejną ucieczkę od Jamesa.
- Przepraszam – w końcu wykrztusiłam z siebie. – Przepraszam! - łzy same poleciały mi po policzku. – To moja, pieprzona, wina! – Sapnęła pomiędzy płaczem. – Gdyby nie ja nic by się nie stało, a ona żyła. Luk to wszystko moja wina. – Na końcu mój głos się już załamał.
- Nie, Ami, to nie twoja wina. To była jej decyzja, mogła zostać z nami, ale wolała tam iść. – Wytłumaczył mi spokojnie, choć widziałam, że w jego oczach znowu zbierają się łzy.
 - Obiecaj, że ty mnie nie zostawisz – spojrzałam na niego z nadzieją w oczach, szepcząc cicho te słowa. – Obiecaj! – powtórzyłam trochę głośniej.
 - Ami, musimy już iść. – w jego głosie zabrzmiała niewypowiedziana prośba.
 Ja jednak chciałam koniecznie usłyszeć to słowo.
- Obiecaj! – podniosła głos i zaczęłam się wpatrywać w jego oczy.
Chłopak wziął głęboki wdech i przetarł kolejne łzy, który cały czas spływały mi po policzku. Cholera, znowu patrzył mi prosto w oczy, a ja miała ochotę go pocałować. Utonęłam w jego zielonych oczach i w tej jednej chwili zrobiłabym wszystko, o co by mnie poprosił.
 - Obiecuje – powiedział w końcu i zbliżył się powoli do mojej twarzy, tak że czułam jego oddech na mojej szyi. Na chwile przestałam płakać, a moje policzki zaróżowiły się mocną czerwienią. – Ładnie z tymi słodkimi rumieńcami na policzku – szepnął mi do ucha.
 Przez moje ciało przeszedł ten przyjemny dreszczyk. Luk zbliżył się jeszcze bardziej do mnie i powoli złączył nasze usta. Zaczął mnie zachłannie całować, tak że na początku nie wiedziałam, co się dzieje.
- Obiecuje, że od dzisiaj koniec z wyścigami – sapnął, kiedy tylko przestał mnie całować. Jednak nie było mi dane odpowiedzieć, ponieważ po raz kolejny dzisiejszego dnia, wpił się w moje usta.
- Obiecuje, że od dzisiaj zaczynamy nowe życie. Normalne życie. – powiedział, szybko odrywając się ode mnie i wstając – zbieraj się szybko! – Zawołał jeszcze, wychodząc z pokoju.
Tym razem jednak postawiłam raz w życiu zaryzykować i zebrał w sobie siły, żeby wstać. Wzięłam pierwsze, lepsze i czystsze ubrania, po czym wbiegłam do łazienki. Po krótkiej porannej toalecie wyjęłam walizkę i torby, aby zapakować wszystkie rzeczy. Zaczynam nowe życie i może jednak jest dla mnie jeszcze jakaś szansa na lepsze jutro.



 ------
__!__!__!__!__


Zaczynała nowe życie po raz kolejny, ale dzisiaj będzie inaczej. Już nie zamierza uciekać, zapominać czy rozpaczać. Od dzisiaj będzie robić to na co ma ochotę i to razem z Lukiem.
Teraz wszystko wydaje mi się idealne, tak jakby te dwa lata były tylko snem. Dziś na nowe poznaje życie. Odzyskuje to, co straciłam lata temu, czyli możliwość. Możliwość snucia marzeń i ich spełniania. Możliwość życia i brania z niego garściami.
 Ja po prostu nareszcie jestem szczęśliwa, jak jeszcze nigdy, a to szczęście daje mi on. Luk.
 Chłopak jest tak samo podekscytowany, jak ja, choć w jego oczach nadal widzę wątpliwości, to wierze, że to wszystko, już niedługo się ułoży.
 Cały czas zastanawiam mi, czy to właśnie to czuł Luk, za każdym razem, gdy to ja siedziałam za kierownica?
Boże, niech ta podróż dobiegnie już końca!
Ten wariat jedzie, nie dość, że za szybko, to jeszcze wyprzedza, jak się tylko da. Ja tu zwariuje.
- Luk! – warczę. – Może byś trochę zwolnił? Jeszcze nas policja weźmie na radar! – upominam go.
Chłopak odwraca się w moją stronie. Na jego twarzy widnieje ten delikatny uśmieszek. Och, ma takie cudowne usta, że mam ochotę go pocałować. Tu i teraz.
 Niestety istnieje ku temu przeszkoda.
 - Patrz na drogę idioto, bo nas pozabijasz! – syczę zdenerwowana.
 Po chwili jednak słyszę jego chichot. Facet uważa to za śmieszne. Sam jest śmieszny! Albo nie, szalony!
 - Speed? Dobrze się czujesz? Że niby ja jadę za szybko? – przystaje na moment – O ile dobrze pamiętam to jeszcze ostatnio byłem ,,frajerem, który nie umie się bawić’’ – znowu się ze mnie śmieje.
Teraz zdecydowanie czuje się zmieszana.
 Ja Speed powiedziałam, że ktoś jedzie za szybko.
Może rzeczywiście coś ze mną nie tak?
 Nie, ze mną na pewno wszystko w porządku.
Ja po prostu nie wierze w umiejętności Luka. Ten matoł umie wszystko spierniczyć, ale to w końcu mój matoł.
- Pajacu, patrz na drogę – znowu musiałam mu zwracać uwagę. Agr! On nas pozabija.
 - Wylu… - chłopak nie dokończył, ponieważ zaczął ostro hamować.
Zgadnijcie, kto znowu miał racje?
Przez chwile zaczęłam myśleć, że nie zdąży i wjedzie w to auto przed nami. Jednak szczęście i tym razem było po naszej stronie, ponieważ udało mu się perfekcyjnie zahamować. Debil.
- Mówiłam! – warknęłam.
Chłopak uśmiechnął się głupkowato i lekko pokręcił głową.
- Nie mów tak Ami, bo jeszcze pomyśle, że nie wierzysz w moje umiejętności.
 Żebyś się nie zdziwił.
- Jedz już – mruknęłam tylko w odpowiedzi i znowu odwróciłam się w kierunku okna. Mijaliśmy kolejne budynki mojej dawnej dzielnicy, a ja zamiast tęsknoty czułam radość, wreszcie czułam się całkowicie wolna.
Jestem sobą i nikt nie może tego zmienić. Choć wielu próbowało to jednak nikomu, jak dotąd się nie udało. Pozostaje życzyć im powodzenia.
Z uśmiechem na usta delikatnie przymknęła powieki i mocniej wtuliła się w fotel. Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiłam się tak senna.


 ------
__!__!__!__!__


Chłopak obrzucił dziewczynę badawczym spojrzenie, lekko marszcząc brwi. Wiedział, że Ami była ogromnym śpiochem, ale żeby przespać trzy-czwarte dnia, to już przesada.
- Am… - mruknął cicho, chcąc delikatnie przebudzić koleżankę. Dobrze wiedział, co ty się stało, gdyby krzyknął. Amelia była raczej dość gwałtowną osobowością.
- Am! – powiedział odrobinę głośniej i leciutko potrząsnął ramieniem dziewczyny. Tak jednak uparcie spało sobie w najlepsze.
 Rozbawiony chłopak pokiwał głową i lekko się uśmiechnął na myśl o Amelii. Jego Amelii.
 - Ami, wstawaj. Za Chwile będzie przystanek! – Chłopak delikatnie potrząsnął ramieniem dziewczyny.
- Jeszcze pięć minut… - mruknęła sennie w odpowiedzi.
 - Jasne… że nie! Masz wstawać, Am!
- Kretynie, dlaczego budzisz mnie tak wcześnie? – warknęła dziewczyna, przecierając zaspane oczy, w oddali jednak zauważyła wyprzedzający samochód. Na trzeciego – Uważaj! – wydarła się panicznie.
 Chłopak momentalnie się obejrzał i zaczął gwałtownie hamować, jednak to nie wiele dało, ponieważ po chwili było słychać jedynie pisk opon, po czym ogarnęła go całkowita ciemność i ból. 


 ------
__!__!__!__!__


Luk czuł się okropnie, wszystko bolało go niemiłosiernie, ledwo co mógł oddychać. W głowie dzwoniło mu jak po jakieś imprezie stulecia, a przecież nigdzie ostatnio nie balował.
- Proszę pan, słyszy mnie pan? – jakiś głos zaczął docierać do jego świadomości.
- T-tak – odpowiedział z widocznym trudem.
 - Jak się pan nazywa?
Co ten koleś znowu wymyślił i po co pytał się takich rzeczy, ostanie co pamiętał to jakiś błysk światła i krzyk Amelii.
 Właśnie Amelia, gdzie jest Amelia?
- Luk Gregons – znowu jego głos ledwo co wydobył się z gardła. Co, do cholery jasnej, się działo.
 - A Pana koleżanka?
Koleżanka? Ach to tak, przecież miał wyjechać z Amelią, to pewnie o nią chodzi.
- Amelia, Amelia Horan – wyszeptał, po czym przyszedł ogromny ból, a zaraz po tym ukojenie i ciemność.

 ------
__!__!__!__!__


Jeszcze raz obejrzałem się czy wszystko zabrałem, spojrzałem na wyświetlacz komórki, żeby sprawdzić, która godzina. Na szczęście było wcześnie, bo zaledwie dziesiąta, odetchnąłem z ulgi i z uśmiechem na ustach ruszyłem w kierunku auta.
Odkąd Harry, zaczął odbywać swoją „karę”, każdy z nas ma więcej czasu, by chodźmy odwiedzić rodzinę, czy zabawić się na imprezie. Oficjalnie w mediach, Styles chciał znowu poczuć się normalnym nastolatkiem i dokończyć swoją edukacje.
Przez pierwszy miesiąc była to sensacja na skale światową, nie mówią już o tym, jaką sławę zyskała sama szkoła.
 Cały czas w głowie mam jeszcze obraz Styles’a, który próbował się wymigać od szkoły, och, co ja bym dał, żeby zobaczyć to jeszcze raz, ale podobno nie powtarzalne chwile, są tymi najlepszymi.
Zresztą to było już dwa miesiące temu, a ja nadal nie mogę tego wyrzucić z głowy. Chyba tylko, dlatego że Harry tak bardzo przypomina mi Amelie, kiedy to próbowała się wymigać od obowiązków szkolnych albo jak narzekała, że nauczyciela się na nią uwzięli.
Co ja bym dał, żeby zobaczyć ją ponownie, moja mała siostrzyczkę, która jest niewiadomo gdzie, nie wiem nawet czy jeszcze żyje, a wszystko to jest moją winą, gdybym tylko wtedy się potrzymał, nie powiedział tych słów, tylko jej pomógł, to razem z nią za kilka miesięcy, pewnie świetnie byśmy się bawili na ślubie naszego ojca.
 A teraz, moja, mała siostrzyczka jest gdzieś tam sam, a ja nawet nie mogę jej pomóc.
Najgorsza jest świadomość, że nie będzie jej na ślubie ojca, choć wszyscy by tego tak bardzo pragnęli. Kiedy o tym myślę, do głowy napływają mi wspomnienia, jak ojciec się załamał po jej ucieczce i popadł w pracoholizm, a jego jedyny ratunkiem okazała się Vanessa, moja przyszła macocha, którą ojciec poznał przez przypadek w swojej firmie.
Otrzepałem głowę z niepotrzebnych myśli i z roztargnieniem włożyłem moją mała walizkę do bagażnika. Miałem szczęście, że nikt nie dowiedział się o moim dwudniowym wyjeździe do rodziny, w końcu musiałem wreszcie poznać Vanessę, a nie miałem ochoty po tak długim weekendzie przepychać się jeszcze przez tłumy fanek.
 Z roztargnieniem przejechałem ręką po włosach i włożyłem kluczyki do stacyjki, już miałem jej zamiar przekręcić i jechać do hotelu, żeby trochę się wyspać po męczącej podróży, kiedy usłyszałem dzwonek telefonu. Zmarkotniały przeszukałem moją podręczną walizkę, po czym prędko odnalazłem nieznośne urządzenie i nie patrząc, kto dzwoni, nacisnąłem zieloną słuchawkę, żeby zaraz przyłożyłem ją do ucha.
 - Słucham – powiedziałem.
Nie musiałem długo czekać, żeby w słuchawce rozbrzmiał głos mojego menadżera.
- Niall, twój ojciec dzwonił do mnie dwie godziny temu. Widzisz… nie wiem, czy jestem najlepszą osobą, która powinna ci to przekazać…
Zdezorientowany uniosłem brwi do góry i z zaciekawieniem oraz lekkim zmieszaniem wsłuchiwałem się dalej w niepewny głos mojego menadżera.
 - Ale twoja siostra jest w szpitalu. Miała wypadek…
 Moje serce przestało na chwile bić, oddech uwiązł mi w gardle, a ręka nieświadomie zaczęła mocniej ściskać kierownice.
Amelia, Amelia, Amelia…
Moja mała siostrzyczka.
- Gdzie – przerwałem szybko — Który, gdzie, do cholery! – podniosłem głos i z każdą chwilą miałem coraz większy mętlik w głowie.
- Świętego Tomasza, szpital świętego Tomasza – Tylko tyle mi wystarczało, żeby przekręcić kluczyk w stacyjce, rozłączyć się, rzucić telefon na przednie siedzenie i ruszyć z piskiem opon w stronę szpitala.
Znaleźli moją siostrę, ale to teraz nie było najważniejsze, ona mogła być teraz w ciężkim stanie, czy nawet w tej właśnie chwili umierać, a ja nie mogłem nic zrobić, bo mnie z nią nie ma.
Jeśli to przeżyje, to obiecuję sobie, że się nią zajmę, odzyskam jej zaufanie i nie pozwolę jej odejść. Proszę, niech ona będzie cała. Dla mnie. Jest całym moim światem.
Znowu korki, zdenerwowany naciskam klakson i ponaglam innych, kiedy już dojeżdżam pod szpital, zauważam ludzi, którzy robią mi zdjęcia, jak wbiegam do środka.
 Na początku się tym w ogóle nie przejmuje i pędzę szukać mojej siostry. Na recepcji pielęgniarka zapytała się czy jestem z rodziny, bez wahania potwierdziłem i oczekiwałem informacji, a usłyszałem tylko ,,Sala 115, prowadzący lekarz Jegerson’’.
Wbiegam po schodach na drugie piętro, dochodzę pod wskazaną sale, gdzie widzę biegające pielęgniarki i lekarza, który dopiero co wbiegł na sale. W głowie jednak zapadają mi tylko słowa blondynki z białym fartuchem.
 - Szybciej, tracimy ją! No dalej, jesteś młoda, postaraj się dziewczyno! Jeszcze raz, ostatni! Do 100! – słyszałem ciągły sygnał, który wywierca w moim sercu dziurę. - Nic… Czas zgonu 10:48.

4 komentarze:

  1. Nie, ale ona przeżyje prosE ze powiedz ze tak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie nie mam zamiaru wysyłać jej na tamten świat. Póki co. :)

      Usuń
  2. To jest.. Normalnie... Wspaniałe <3
    Ps. Za ile mniej wiecej rozdzial?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się dodać jeszcze dzisiaj, najpóźniej jutro. :)

      Usuń